This site uses cookies to provide web functionality and performance measurement.   Got it

Closeright
Share
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.

Petar C.

  • Measurements
  • Portfolio
Petar C.

A rano Lizbona nie zrywa się do życia. Ona najpierw chwilę leży z otwartymi oczami. I tego najbardziej jej zazdroszczę. Tutaj nawet kawa nie stawia mnie brutalnie na nogi. Raczej łagodnie mówi: chodź, spróbujemy jeszcze jeden dzień. Pastéis de nata są dobre właściwie wszędzie. Niebo jest bezczelnie błękitne. Ocean granatowy. Na skwerach stoją ogromne, stare drzewa, przy których człowiek przez chwilę czuje się mały i jakoś bardzo bezpieczny. Ludzie chodzą boso. I ja chyba też coraz bardziej jestem tutaj boso. Nie tylko stopami. Bardziej bezbronny. Mniej spięty. Mniej gotowy na wszystko. I jest jeszcze jedna rzecz. Najpiękniejsza obserwacja z Lizbony. Byłem w wielu miejscach na świecie, ale nigdzie homoseksualizm nie wydawał mi się aż tak zwyczajny. Nie „akceptowany”. Nie „tolerowany”. Nie „mile widziany”. Nie „tu jesteś u siebie”. Po prostu normalny. Tak naturalny, że momentami właściwie nie do odróżnienia od heteroseksualizmu. Dwóch mężczyzn trzymających się za ręce nie opowiada tutaj żadnej historii. Dwie kobiety całujące się na ulicy nie są manifestem. Nikt nie musi niczego komunikować, tłumaczyć ani zaznaczać swojej obecności. Miłość przestaje mieć tutaj przymiotnik. I właśnie tak wyobrażam sobie idealny świat. Nie taki, w którym wszyscy nauczyli się nas akceptować. Tylko taki, w którym w końcu nie ma już czego akceptować, bo nikt nigdy nie uznał, że jest w nas coś innego. Lizbona daje mi przestrzeń. W mieszkaniu. Na ulicy. Między jednym człowiekiem a drugim. I przede wszystkim między jedną myślą a następną. Przestrzeń, w której niczego nie muszę naprawiać. Niczego przyspieszać. Niczego sobie ani nikomu udowadniać. Mogę zjeść ciastko. Wypić kawę. Popatrzeć na ocean. Poczuć wiatr na skórze. I przez chwilę nie próbować być żadną lepszą wersją siebie. Po prostu być tym, który właśnie tutaj przyjechał. Właśnie dlatego tak dobrze mi w Lizbonie. Bo potrzebujemy miejsca, w którym możemy przestać trzymać brzuch wciągnięty, życie pod kontrolą i siebie w gotowości. Lizbona mi na to pozwoliła.

Petar C.

Procesy, przez które przechodzę, są tak głębokie, wielowarstwowe i dzieją się na tylu poziomach jednocześnie, że czasami sam nie nadążam za tym, co się we mnie kończy, co właśnie puszcza, a co dopiero próbuje się narodzić. Mam lepsze dni. Mam gorsze dni. Potem znowu lepsze. I znowu gorsze. Tylko że nawet te lepsze są dziś może połową tego, co kiedyś nazwałbym swoim zwyczajnym dniem. Dlatego pojawiam się i znikam. Tutaj. W social mediach. Wśród ludzi. Towarzysko. Czasem nawet w relacjach, które są dla mnie ważne. Wybaczcie. Nie dlatego, że przestało mi zależeć. Właśnie dlatego, że zaczęło mi zależeć, na sobie. Moja materia jest na permanentnym skraju wyczerpania. I pierwszy raz od dawna naprawdę jej słucham. Nie próbuję być silniejszy niż jestem. Nie próbuję udowadniać sobie, że jeszcze trochę wytrzymam. Nie chcę niczego pomniejszać ani lekceważyć tylko dlatego, że kiedyś potrafiłem przejść przez wszystko z uśmiechem i jeszcze zapytać, co robimy wieczorem. Teraz o siebie dbam. Chcę zatrzymać się odpowiednio wcześnie, żeby nic niepotrzebnie nie zabrnęło za daleko. Dać sobie tyle czasu, ciszy, snu, samotności, obecności i miłości, ile naprawdę potrzebuję. Bo czuję, że nie wracam już do starego siebie. Jego nie ma. I pierwszy raz nie próbuję go odzyskać. Chcę poznać tego nowego. Tego, który zostanie, kiedy wszystko, co miało odpaść, w końcu odpadnie. Wczoraj szedłem ulicą i zupełnie spontanicznie pojawiła mi się w głowie myśl: „Wyszło już wszystko, czego chcę się na ten moment pozbyć. Chcę zrobić to asap”. Zadzwoniłem do najbliższego od siebie fryzjera i umówiłem wizytę na dziś. Bez zbędnego zastanawiania się, choć z dużą symboliką. Pewnie dzisiejsze zaćmienie słońca nie stanowi przypadku. Kiedy włosy spadały na podłogę, poczułem ulgę. Jakbym nie zmieniał fryzury, tylko pozwalał odejść czemuś, czego już nie chcę ze sobą nieść. Nie wiem jeszcze dokładnie, kim będę po tym wszystkim. Na razie uczę się jednej rzeczy- nie każdy moment życia jest po to, żeby rosnąć, tworzyć, błyszczeć i być widocznym. Niektóre są po to, żeby zniknąć na chwilę ze świata i zostać przy sobie. Z miłością. Więc jeśli czasem mnie nie ma to właśnie tam jestem. Przy sobie.

Petar C.

Nie wiem czy to retrogradacja Merkurego, czy zmiany pogody, czy może kolektyw zrzuca co nie potrzebne, czy to zbieg okoliczności. Co by to nie było, od jakiegoś czasu zauważyłem wzmożony poziom kur w powietrzu i dochodzę do wniosku, że najbardziej niebezpieczne w złości nie jest to, że krzyczysz, lecz to, że na chwilę tracisz kontakt ze sobą- jakby ktoś przejął Twoje ciało, a Ty patrzył z boku i nie poznawał tej osoby. Złość potrafi wejść cicho i nagle zmienić wszystko: Twój wzrok, słowa, decyzje. Sprawia, że wszystko boli bardziej, a każdy gest wydaje się atakiem. Zamiast być sobą, stajesz się reakcją. Ale złość nie przychodzi, żeby Cię zniszczyć. Pojawia się, gdy coś w Tobie zostało przekroczone lub zbyt długo ignorowane- gdy Twoje serce próbowało mówić szeptem, a Ty nie słuchałeś. To krzyk tego, co potrzebuje uwagi. Nie musisz jej tłumić ani wybuchać. Możesz ją poczuć, naprawdę, bez uciekania. Usiąść z nią i zapytać: „co chcesz mi pokazać?” Wtedy przestaje walczyć. Bo pod nią zawsze kryje się coś bardziej prawdziwego: ból, tęsknota, miłość. Nie ta łatwa, lecz ta ważna, domagająca się, byś ją w końcu zobaczył. Złość nie jest wrogiem. To sygnał, że coś w Tobie woła o uwagę. Możesz ją dalej zagłuszać albo się zatrzymać i posłuchać. Ale pamiętaj, jeśli będziesz ją ignorować, wróci silniejsza, głośniejsza i bardziej bezlitosna. A jeśli odważysz się ją naprawdę usłyszeć, nie tylko przestaniesz się bać swoich uczuć- odzyskasz siebie w pełni.