This site uses cookies to provide web functionality and performance measurement.   Got it

Closeright
Share
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.
Petar C.

Petar C.

  • Measurements
  • Portfolio
Petar C.

Były między nami tygodnie bez wiadomości. Były nieodebrane telefony. Były ciche dni, kiedy życie pędziło w różnych kierunkach i każdy z nas próbował po prostu dać sobie radę. Ale kiedy dziś patrzę wstecz, widzę, że od klasy maturalnej byłeś obecny we wszystkich najważniejszych momentach mojego życia. Przyjaźń nie zawsze wygląda jak w filmach. Czasem wygląda jak wspomnienie wspólnego śmiechu, które wraca po latach dokładnie tak samo mocno. Jak wiadomość wysłana o nietypowej godzinie. Jak świadomość, że gdzieś na świecie jest człowiek, który zna większość twojej historii. Przeżyliśmy razem więcej, niż potrafię dziś policzyć. Były podróże bez planu i plany, które nigdy nie doszły do skutku. Były festiwale muzyczne, gdzie gubiliśmy się w tłumie, a odnajdywaliśmy przy pierwszych dźwiękach ulubionej piosenki (titu titu). Były rozmowy do świtu, śmiech do łez, historie, które dla innych nie znaczą nic, a dla nas były całym światem. Łączyła nas miłość do życia. Do odkrywania nowych miejsc. Do dobrego jedzenia. Do „złotych mew na trasach”. Do spontanicznych decyzji. Do ludzi, czego w dużej mierze nauczyłem się od Ciebie. Do przygód- które nie raz wjebały nas w kłopotki. Do tego uczucia, że świat jest większy, niż nam się wydaje, i warto go zobaczyć kawałek po kawałku. Były też trudniejsze momenty. Zmiany. Błędy. Rozczarowania. Okresy, kiedy nie rozumieliśmy się tak dobrze jak wcześniej. Ale prawdziwa przyjaźń nie polega na tym, że wszystko zawsze jest łatwe, ani na ciągłym chodzeniu ze sobą ramie w ramie. Polega na tym, że mimo przeciwności zostaje miłość. Szacunek. Wdzięczność. I właśnie to zostało. Dziś żegnam Cię z ciężarem, którego nie potrafię jeszcze opisać słowami. Nie mogę narazie zaakceptować, nie znajduję na to miejsca. Nie żegnam jednak wspomnień. Nie żegnam kilometrów, które razem przejechaliśmy. Zachodów słońca, które razem oglądaliśmy. Ani wschodów, szczególnie tych nadmorskich. Muzyki, która była tłem naszych historii. Smaków, które odkrywaliśmy. Miejsc, które na zawsze będą miały Twój ślad.

Petar C.

Jeszcze kilka lat temu myślałem, że rozwój polega na zdobywaniu. Więcej doświadczeń. Więcej sukcesów. Więcej możliwości. Więcej odpowiedzi. Więcej. Dzisiaj mam poczucie, że rozwój dużo częściej polega na traceniu. Traceniu iluzji. Traceniu potrzeby kontroli. Traceniu przekonania, że wszystko będzie tak, jak sobie zaplanowaliśmy. A może najbardziej na traceniu przekonania, że zawsze będzie jeszcze czas. Są doświadczenia, które przychodzą do naszego życia i dzielą je na „przed” i „po”. Nie pytają o zgodę. Nie dają czasu na przygotowanie. Po prostu pewnego dnia budzisz się i coś, co wydawało się stałe, już takie nie jest. I nagle zaczynasz rozumieć rzeczy, których wcześniej nie dało się zrozumieć. Że źródłem większości cierpienia jest przywiązanie. Że ego nie daje siły. Daje tylko iluzję kontroli. A kontrola często jest tylko bardziej elegancką formą lęku. Że strach potrafi przebrać się za rozsądek i przez lata mówić nam, jak żyć. Jestem dziś w takim miejscu życia, w którym coraz mniej wiem. Coraz mniej wiem, dokąd biegnę. Coraz mniej wiem, co będzie za rok. Coraz mniej potrzebuję mieć odpowiedź na każde pytanie. Ale jednocześnie wyraźniej niż kiedykolwiek widzę, co naprawdę ma znaczenie. Obecność. Miłość. Wdzięczność za ludzi, kiedy jeszcze możesz usiąść obok nich. Spojrzeć im w oczy. Usłyszeć ich głos. Powiedzieć to, co ważne. Bo może sens życia nigdy nie był ukryty w celach, które osiągamy. Może był ukryty w chwilach, które wydają się zwyczajne, dopóki nie stają się wspomnieniem. I może dojrzewanie polega właśnie na tym, że przestajesz pytać życie: „co jeszcze mogę zdobyć?” A zaczynasz pytać: „Jak mogę naprawdę być tutaj, póki to wszystko jeszcze trwa?”

Petar C.

Mam 40 lat i dopiero niedawno pierwszy raz byłem na gejowskiej imprezie… trzeźwy. To brzmi jak zdanie z terapii grupowej albo kiepskiego stand-upu. Ale prawda jest taka, że przez większość życia moja odwaga miała procenty. Kiedyś Warszawa miała miejsce, które wydawało się większe niż życie. Klub, do którego wchodziło się jak do własnej wersji Studio 54. Światła. Blichtr. House tak dobry, że człowiek chciał się zakochać w kimkolwiek tylko dlatego, że stał obok przy bicie. DJ-e byli bogami, parkiet świątynią, a my wszyscy, na tych kilka godzin, rodziną, której nie mieliśmy odwagi mieć za dnia. Pamiętam półnagich chłopaków, perfumy mieszające się z dymem, śmiech w toalecie, papierosy palone „na chwilę”, spojrzenia mówiące więcej niż dzisiejsze aplikacje randkowe przez dekadę. I pamiętam też siebie. Wiecznie lekko znieczulonego. Bo łatwiej było tańczyć jako „ten odważny gej”, kiedy tak naprawdę było się przerażonym chłopakiem udającym pewność siebie. Myślałem wtedy, że to wolność. A potem minęły lata. Dorosłość. Samorozwój. Samotności. Coming outy robione po kawałku, jak odrywanie starego plastra. I wróciłem do tamtego miejsca. Trzeźwy. Gotowy poczuć ten sam ogień. Tylko że nic tam już nie było. Muzyka grała jak playlisty z siłowni za rogiem. Nikt nie flirtował. Zero emocji, zero zapachu, zero śmiechu. Ludzie stali obok siebie jak produkty na półce, nawet nie zachęcające promocją. I nagle dotarło do mnie coś okropnie smutnego. To nie klub kiedyś był magiczny. To my byliśmy głodni życia. Głodni dotyku bez wstydu. Spojrzenia bez strachu. Bycia sobą choćby od 23:00 do 6 rano. Dzisiaj młodzi geje mają więcej wolności niż my wtedy. I chwała Bogu. Tylko że gdzieś po drodze zgubiliśmy coś ważnego. Jakbyśmy tak długo walczyli o prawo do bycia sobą, aż zaczęliśmy grać kolejną rolę. A przecież większość z nas dalej chce tego samego: żeby ktoś został, spojrzał z czułością, a nie oceną. CD w komentarzu: