This site uses cookies to provide web functionality and performance measurement.   Got it

Closeright
Share
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz
Zuza stankiewicz

Zuza Stankiewicz

  • Measurements
  • Portfolio
Zuza stankiewicz

Joga nie jest o osiąganiu. A może inaczej - nigdy nie była, dziś się to trochę rozmyło. Joga to nie dyscyplina sportowa, rozciąganie ani gimnastyka. Nie ma rankingów, nie ma poziomu wejścia, nie ważne ile godzin spędzisz na macie, nie da się być “dobrym” albo “złym” w jodze - można być jedynie w różnych miejscach. W klasycznej tradycji joga nie jest rozumiana jako dążenie do osiągnięć, lecz jako proces rozwijania uważności, abhyāsy (regularnej praktyki), vairāgyi (nieprzywiązania) i stopniowego wyciszania umysłu. Jeśli praktyka staje się kolejnym miejscem, w którym próbujemy udowodnić swoją wartość sobie lub innym, łatwo zgubić to, co w jodze najistotniejsze. Absolutnie naturalnym jest czuć, że nie nadążasz, że ktoś jest od ciebie “lepszy”, że nie umiesz oddychać, że nie podoba ci się jak wyglądają Twoje asany. Możesz mieć ten wredny głosik w głowie, który mówi, że wszystko robisz źle i o co tu w ogóle chodzi. To normalne, ludzkie, to w porządku. Gdzieś pod tym wszystkim jesteś Ty, czucie, obecność. Ostatecznie joga jest o wyciszeniu naszej gadającej głowy (czy też “zatrzymaniu poruszeń umysłu” - “yogaś citta-vṛtti-nirodhaḥ” (Yoga Sutra 1.2)). Nie oznacza to zatrzymania myślenia, ale stworzenie przestrzeni, w której możemy zobaczyć siebie głębiej niż przez pryzmat ocen, ambicji i lęków. Jeszcze zanim pojawiają się asany, znajdują się Yamy i Niyamy - etyczne fundamenty praktyki. Uczą jak budować relację z innymi i z samym sobą. Z większą życzliwością, uczciwością, umiarem, uważnością i odpowiedzialnością. Jeśli praktyka pozostaje wyłącznie ćwiczeniem fizycznym, łatwo przeoczyć tę głębszą warstwę. Może joga nie pyta, ile już potrafisz. 
Może pyta raczej czy potrafisz być obecna/y dokładnie tutaj, gdzie jesteś? #yogascittavrttinirodhah #zuzastankiewiczyoga #filozofiajogi #yogastutras #czymjestjoga

Zuza stankiewicz

Dziś w Sunday Sound Club - Fugees „The Score” (1996) Z perspektywy czasu łatwo zapomnieć, że „The Score” mogło w ogóle nie powstać. Debiutancki album Fugees sprzedał się znacznie poniżej oczekiwań, a wytwórnia poważnie rozważała zakończenie współpracy z zespołem. Wszystko zmienił dopiero remiks „Nappy Heads”, który dał trójce jeszcze jedną szansę, tym razem z pełną swobodą twórczą. Lauryn Hill, Wyclef Jean i Pras zamknęli się wtedy w prowizorycznym studiu urządzonym w piwnicy wuja Wyclefa, znanym jako Booga Basement. To właśnie tam powstał album, który później sprzedał się w ponad 20 milionach egzemplarzy i na zawsze zmienił historię hip-hopu. Jedną z rzeczy, które do dziś robią wrażenie, jest to, jak naturalnie Fugees połączyli swoje muzyczne światy. Hip-hop miesza się tu z soulem, reggae i karaibskimi wpływami, ale nic nie brzmi jak pokaz możliwości. Wynika to też z ich historii, Wyclef i Pras dorastali w rodzinach haitańskich imigrantów, Lauryn wnosiła fascynację soulem i gospel, a cały album stał się opowieścią o tożsamości, diasporze i doświadczeniu bycia „refugee”. Największy przebój z płyty, „Killing Me Softly”, był ostatnim utworem nagranym na album. Początkowo Wyclef nie był przekonany, czy w ogóle powinien znaleźć się na singlu, ale to właśnie ta interpretacja otworzyła Fugees drzwi do światowego sukcesu. Co więcej, w Stanach Zjednoczonych utwór nie został wydany jako tradycyjny singiel, wytwórnia liczyła, że dzięki temu fani kupią cały album. I dokładnie tak się stało. „The Score” bardzo szybko przestał być po prostu świetną płytą. Pokazał, że hip-hop może jednocześnie być przebojowy, społecznie zaangażowany i czerpać z wielu muzycznych tradycji, nie tracąc swojej autentyczności. Dla wielu artystów był dowodem, że nie trzeba wybierać między sukcesem a własną tożsamością. #sundaysoundclub #zuzastankiewiczvinyl #vinylcommunity #fugees #thescore

Zuza stankiewicz

Dziś w Sunday Sound Club - Alabama Shakes „Sound & Color” (2015) Po sukcesie debiutanckiego „Boys & Girls” wszyscy spodziewali się, że Alabama Shakes pójdą tą samą drogą. Zespół zrobił jednak coś dokładnie odwrotnego. Zamiast powtórzyć sprawdzony przepis, spędzili ponad rok w studiu, eksperymentując z nowymi pomysłami i nagrywając materiał bez jasno określonego celu. Do współpracy zaprosili producenta Blake’a Millsa i realizatora Shawna Everetta. Cały proces przypominał bardziej laboratorium niż klasyczną sesję nagraniową. Nagrywano nietypowe dźwięki, testowano różne aranżacje i pozwalano utworom rozwijać się bardzo naturalnie. Muzycy wielokrotnie podkreślali, że najważniejsza była ciekawość, a nie próba stworzenia kolejnego hitu. Podobno Brittany Howard pisała część materiału samotnie w piwnicy swojego domu, zamykając się tam nawet na kilkanaście godzin z zapasem batonów musli. Dopiero później przynosiła szkice zespołowi, który wspólnie rozwijał je w studiu. Ryzyko opłaciło się. „Sound & Color” zadebiutował na 1. miejscu listy Billboard 200, zdobył cztery nagrody Grammy i dla wielu osób stał się albumem, który pokazał, że Alabama Shakes są czymś znacznie więcej niż zespołem od soulowo-rockowych przebojów. Dzisiaj „Sound & Color” często stawia się wśród najważniejszych rockowych albumów lat 2010. Nie dlatego, że próbował zdefiniować jakiś gatunek na nowo, ale dlatego, że Alabama Shakes mieli odwagę nie powtarzać samych siebie. #sundaysoundclub #zazstankievitzvinyl #vinylcommunity #alabamashakes #soundandcolor